Przechowywanie i degustacja whisky
Wiele słyszeliśmy o różnych drogich rocznikach win, ich kolekcjonowaniu,
o specjalnych pomieszczeniach do ich przechowywania, które
muszą spełniać odpowiednie warunki (temperatura, wilgotność,
światło). Whisky ma tu sporą przewagę. Wystarczy zupełnie
zwykły barek, pokojowa temeperatura, musimy pamiętać jedynie
o tym, aby butelki nie były wystawione na działanie promieni
słonecznych, także bezpośrednie sąsiedztwo kaloryfera raczej
nie jest pożądane.
O tym, że whisky to wielce wdzięczny trunek, decyduje również
fakt, iż zawartość butelki zakorkowanej po otwarciu nie traci
nic ze swojej wartości (prawda ta nie ma zupełnie zastosowania
do win, bo w krótkim czasie mogą zamienić się w ocet). Jeśli
poziom trunku w butelce zejdzie poniżej połowy, powinniśmy
albo przelać go do innej, mniejszej, albo w ciągu paru miesięcy
zaprosić przyjaciół i zorganizować kolejny wieczór degustacyjny.
Whiskysingle maltjest nektarem przeznaczonym do
powolnego, kontemplacyjnego smakowania. Powinna być degustowana
w temperaturze pokojowej, bez dodatku lodu, który wpływa niekorzystnie
na wrażliwość receptorów smakowych i zaburza paletę samego
trunku. Dopuszczalne jest natomiast (większość Szkotów twierdzi,
że konieczne) dodanie niewielkiej ilości czystej, niegazowanej
wody (oczywiście wykluczamy tę z miejskich wodociągów), gdyż
pomaga ona w uwolnieniu wszystkich aromatów.
Pozostaje nam już tylko wybór odpowiedniego szkła i pomieszczenia.
Pomieszczenie powinno być wolne od obcych zapachów, np. gotowanego
właśnie obiadu, świeżo pomalowanych ścian czy dymnej zawiesiny
po całonocnym brydżu. Uczestnicy spotkania nie powinni zasiadać
do degustacji po wcześniejszym skropieniu się intensywną wodą
kolońską, ani też bezpośrednio po sutym posiłku. Palaczom
radziłbym ćwiczenie silnej woli przez co najmniej pół godziny
przed degustacją.

Istnieje pewna dowolność przy wyborze szkła, w którym będziemy
serwowali whisky, musi ono jednak spełniać parę warunków.
Odrzućmy od razu rodzinne kryształy, poszukajmy czegoś z przezroczystego
szkła, pamiętając, że kształt kieliszka (najwłaściwszy będzie
ten przypominający tulipan) ma ułatwić rozpoznanie maksymalnej
ilości aromatów, które uwolni przed nami trunek.
Degustacje, w których miałem przyjemność brać udział, z reguły
składały się z kilku etapów. Tu muszę podkreślić, że imprezy
tego typu organizowane z udziałem szkockich destylatorów bądź
też Szkotów związanych zawodowo z produkcją lub sprzedażą
whisky były niezapomnianym przeżyciem. Nie tylko dlatego,
że miałem możliwość degustacji trunków rzadkich, często będących
poza zasięgiem mojego portfela, ale sama atmosfera i zasób
wiedzy prezenterów oraz sposób przekazywania informacji wprowadzały
mnie w jakiś magiczny świat. Szkoci szczerze cieszyli się
moim zainteresowaniem i jeśli nie znali odpowiedzi na któreś
z pytań, w ciągu kilku dni znajdowałem list lub e-mail. Wątpliwa
przyjemnością było natomiast było uczestnictwo w imprezach
poświęconych whisky, których nie zaszczycili mężowie w kitlach,
ale ignorancja wydaje się cechą przełomu stuleci. Na naszym
podwórku również spotykaliśmy specjalistów mylących podstawowe
pojęcia.
Kiedy już nalaliśmy whisky do kieliszków,
powinniśmy przez kilkanaście minut pozwolić jej oddychać,
czyli dać powietrzu wejść w relację z alkoholem. W pierwszym
etapie degustacji obserwujemy barwę trunku. Pomoże to nam
określić rodzaj beczki, w której dojrzewał destylat i w przybliżeniu
jego wiek. Kiedy przechylimy lekko kieliszek, a następnie
go odstawimy, zauważymy cienkie strużki spływające po ściankach.
Są to tzw. Nogi (legs) i jeśli płyną powoli tworząc jakby
pajęczynkę, najprawdopodobniej mamy do czynienia ze stosunkowo
starą whisky.
W kolejnym stadium rozpoznajemy aromaty trunku, najpierw w
jego czystej postaci. Musimy trochę zakołysać kieliszkiem,
a następnie delikatnie powąchać. Kiedy czujemy dominujący
zapach alkoholu, możemy przyjąć, że stoi przed nami tzw. cask
strength whisky. Aby uwolnić wszystkie aromaty, musimy dolać
wody. Pamiętajmy, że specjaliści zajmujący się zawodowo kupażowaniem,
używają do pracy destylatorów rozcieńczonych do poziomu 20%
zawartości alkoholu.
Po dolaniu wody musimy ponownie zakręcić
lekko kieliszkiem, po czym wprowadzamy nasze nosy do raju.
Najpierw wąchamy, utrzymując nos minimalnie powyżej krawędzi
kieliszka, a następnie zniżamy go robiąc powolny, długi wdech.
Odstawiamy trunek na chwilę, po czym powtarzamy tę czynność.
I teraz wymieniamy uwagi.
Pora na zatrudnienie naszych receptorów smakowych. Wypełniamy
usta eliksirem i obserwujemy pierwsze wrażenia smakowe, analizujemy,
czy może zmieniają się one, w miarę jak trunek dochodzi do
tylnej części naszego języka? Po parunastu sekundach przełykamy
i definiujemy smaki baraszkujące w naszych ustach. Czy może
jeden zaczyna wypierać drugi? ( Żona jednego z moich przyjaciół
krzywiła się nieco na początku degustacji Bowmore`a, a był
to pierwszy single malt, z którym się zetknęła; twierdziła,
że jodyna, że torfowiska, że jakaś wędzonka. Po mniej więcej
kwadransie stwierdziła, że jest on słodki. Czy to nie magia,
Tereso?)
To, co zaczynamy odczuwać w kilka minut po przełknięciu, jest
określanie jako finisz. Jeżeli smaki szybko zanikają możemy
przyjąć, że nie mieliśmy do czynienia z pierwszoligowcem,
jeżeli zaś utrzymuje się w naszych ustach ich echo, oczywiście
mam na myśli przyjemne echo, pogratulujmy sobie dobrego wyboru
i ustalmy termin następnego meczu.
Fragment z książki Jarosława
Urbana,WHISKY - vademecum, Wydawnictwo Rachocki
i S-ka
[więcej o książce]

|